Grzegorz uspokaja – to przedwojenna szkoła, gdyby miała nie przyjść na pewno by nas zawiadomiła. Za chwilę widzę idącą w naszym kierunku energicznym krokiem kobietę, wygląda na 50-60 lat, więc to nie może być Pani Krystyna, a jednak! Wita się z Grzegorzem i ze mną. Elegancka, zadbana, dyskretny makijaż, piękne włosy, naturalne uczesanie, buty na sportowym obcasie tez mieszczą się w obecnych kanonach mody. Czytaj dalej „Z Kruszewa na Sybir – Dramat Rodziny Bohatera”
Wspomnienia Marianny Jabłońskiej ze wsi Złotoria
Wspomnienia Marianny Jabłońskiej ze wsi Złotoria
Pani Marianna Jabłońska, z domu Roszkowska urodziła się w Złotorii w 1920 roku, w roku wojny z bolszewikami o niepodległość Polski.. Ojciec – Franciszek, jak większość mieszkańców Złotorii trudnił się uprawą ziemi, matka Amelia pochodziła również ze Złotorii z rodziny Błażków. Do szkoły powszechnej podzielonej na cztery oddziały chodzono po dwa lata do jednej klasy. Pani Marianna zaczęła uczęszczać do szkoły w 1927 roku. Szkoła znajdowała się w centralnym punkcie wsi obok kościoła. Obecnie już nie istnieje. Był to duży, drewniany, Czytaj dalej „Wspomnienia Marianny Jabłońskiej ze wsi Złotoria”
„Opowieść o życiu”
„Opowieść o Życiu”
Wywiad z jedną z najstarszych mieszkanek gminy Choroszcz-101-letnią Panią Felicją Ostrowską z Jeronik.
Grzegorz Krysiewicz: Spotykamy się w Jeronikach, w domu Pana Stefana Dziermańskiego i chcemy porozmawiać z jedną z najstarszych mieszkanek gminy Choroszcz. Prosimy o przedstawienie się i opowiedzenie nam o swoim domu rodzinnym, dzieciństwie i młodości. Czytaj dalej „„Opowieść o życiu””
Jarosław Tyborowski – Moja Ulica
Każda sobota była dniem sprzątania. Wychodziliśmy wszyscy: dorośli, dzieci, furczały miotły, dzieci bawiły się .Można było dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Plotka z jednego końca ulicy po kilku chwilach była już na drugim końcu.
Dbaliśmy zawsze o czystość ulicy i swoje ogródki. Gospodynie cały czas rywalizowały ze sobą, żeby ogródek wyglądał jak najładniej i najokazalej. Pamiętacie Państwo ten wieczorny zapach maciejki, te malwy, które zasłaniały aż okna, nasturcje, lwie paszcze?
Nie zawsze ulica Branickiego była ulicą Branickiego. Był okres, że musiała zmienić nazwę na ulicę Stalina. Protestować nie było można, ale mieszkańcy wymawiając jej nazwę spluwali na ziemię i uśmiechali się do siebie. Czuliśmy w pewnym sensie, że w ten sposób walczymy i to nas bardzo jednoczyło. Potem okazało się, że „wielki wódz” nie jest już tak wielki i ulica odzyskała swoją pierwotną nazwę. Powyciągaliśmy ze strychów dobrze ukryte numery domów z nazwą ulicy Branickiego i zawiesiliśmy je na swoje miejsca.
Przyszedł okres, ze ulica zaczęła się psuć. Nawierzchnia wybrzuszała się, chodniki pozapadały się, autobusy nie chciały jeździć. Musieliśmy zimą skuwać olbrzymie bryły lodu, latem czyścić ulicę, która była coraz gorsza. Grożono nam karami, mandatami. Na protesty machano palcem przed nosem i mówiono: Wy wiecie, wy lepiej siedźcie cicho. Był to niedobry okres dla ulicy i dla nas. Aż przyszedł czas, że została tylko nazwa, bo ulicy praktycznie nie było. Przechodziły miesiące i sytuacja nie zmieniała się.
Pamiętam z tego okresu dosyć zabawne wydarzenie. Wyszedłem przed bramę i z rozpaczą patrzyłem na ruszającą się topiel. Miałem daleki wyjazd i nie mogłem wyprowadzić nawet samochodu. Po przeciwnej stronie ulicy stał 10-letni chłopiec i nogą próbował gruntu. Nie przejdziesz! Zażartowałem. Przejdę! Odpowiedział chłopiec. Po chwili sam musiałem skoczyć w błoto, bo chłopiec zanurzał się coraz bardziej.
Mamy w końcu swoją ulicę. Jest piękna, asfaltowa, z kanałem burzowym, sanitarnym, podziemnym kablem telefonicznym. Tylko my staliśmy się jacyś inni. Nie spotykamy się w sobotnie popołudnia z miotłami, wiadrami, taczkami. Nie słychać zabaw, śmiechów na ulicy. Zginęły piękne ogródki: tam gdzie rosły nasturcje, malwy, maciejka, bujają się pokrzywy, osty. Ulica jest brudna, nie sprzątana od dawna. Są wprawdzie nieliczni, jak Pan Chudzik, u których jest zawsze czysto.
Przemysłu przy ulicy Branickiego nie ma żadnego. Są za to aż dwa bary, do niedawna jedyne w Choroszczy, magazyn znaczków, maleńki, ale doskonale zaopatrzony sklepik spożywczy z niezwykle sympatyczną obsługą. Bar Gwint ma zewnętrzną stronę budynku w opłakanym stanie, ale wnętrze ma czyste, kolorowe, urządzone nowocześnie. W rozmowie z właścicielem dowiedziałem się, że planowane jest rozszerzenie obsługi o dania gorące, tak potrzebne dla ludzi odwiedzających Choroszcz. Miejscowość turystyczna przynajmniej w sezonie powinna posiadać jadłodajnię, o czym nie pamiętają właściciele funkcjonującego niegdyś baru przy tej samej ulicy.
Tematem, który zbulwersował mieszkańców ulicy Branickiego jest sprawa opłat adiacenckich. Właściciele działek zostali zobowiązani do opłat określonych sum /?/. Dzierżawcy takich pism nie otrzymali. Dlaczego? Udałem się po wyjaśnienie do Pana Burmistrza, dla którego poczynań i inicjatyw mam bardzo duży szacunek. Dowiedziałem się, że płacić będziemy wszyscy tj. właściciele i dzierżawcy działek. Właściciele jednorazowo lub po rozłożeniu na raty, dzierżawcy określone sumy dopisane do czynszu. No cóż, niezbyt to pocieszające, ale za wygody trzeba płacić.
Przepraszam Państwa za tę, trochę nostalgiczną opowieść o „mojej ulicy”, ale jestem pewien, że wielu z was nazywa ją również „swoją ulicą” i chciałoby widzieć ją czystą, wesołą, kolorową.
Znów minęło trochę lat. Autor tych słów trochę posiwiał i zdrowie już nie te. Wielu mieszkańców tej ulicy już nie spotkasz na chodniku, gdyż odeszli do Pana. Zmieniają się też domy i tak dom gdzie żyli Państwo Łuszczyńscy stoi zabity deskami. Znikły oba bary przygniecione ciężarem podatków i wymagań sanitarnych. W wielu domach młodzi następcy wyremontowali elewacje, tak że moja ulica Branickiego staje się coraz ładniejsza. Tyle że jezdnia znów zaczyna się falować i wymaga wymiany. Może Burmistrz miasta zlituje się nad nią.
Jarosław Tyborowski
W miejsce wypędzonych Polaków sprowadzili Niemców
Byłam młodą dziewczyną. Wojna zastała mnie w wieku czternastu lat. Chodziłam już do gimnazjum w Kentach. Pamiętam doskonale ten dzień. Był koniec wakacji, piękna pogoda. Pierwszego września mieliśmy pójść do szkoły. Nad ranem wybuchła wojna. Wszyscy gdzieś uciekali. Moja rodzina również. Rodzice, młodsza, siedmioletnia siostra i ja poszliśmy do innej miejscowości. Pamiętam uciekających wojskowych, cywili oraz latające nisko nad naszymi głowami niemieckie samoloty. W miejscowości, do której uciekliśmy, nie byliśmy długo. Kiedy wracaliśmy do domu, cały czas widzieliśmy idących i jadących wojskowych. Szli gdzieś na wschód. Czytaj dalej „W miejsce wypędzonych Polaków sprowadzili Niemców”
Ewa Jeżyna – Niemowlę w niewoli sowieckiej
11 lub 12 kwietnia 1940 roku mama i ciocia zostały poinformowane o ich aresztowaniu wraz z dziećmi i deportacji. Za kilka dni miały być wywiezione. Dwie kobiety- jedna osłabiona porodem, z pięciodniowym niemowlęciem i druga z kilkuletnim dzieckiem. Zaraz przyszła do nas mieszkająca za ścianą babcia. Zaczęła płakać i błagać umundurowanych mężczyzn, by nas nie zabierali. Mama, w połogu leżała w łóżku, tłumaczyła, iż nie da rady chodzić. W odpowiedzi mężczyzna kopnął ją, przystawi ł pistolet do skroni, więc wstała słaniając się na nogach. Płakała, lamentowała, nie miała nawet siły, by cokolwiek spakować. W tym momencie udało się wejść do mieszkania koleżance mamy. Ściągnęła duży obrus ze stołu. Zaczęła na chybił trafił wyciągać ubrania z szafy i pakować w serwetę; przeważnie rzeczy ojca, który z nami nie wyjeżdżał. W panice, strachu i pośpiechu nikt o tym nie myślał. Wbrew logice, te zdawałoby się nieużyteczne przedmioty, pomogły nam przetrwać wygnanie, mogliśmy je wymieniać na żywność. Czytaj dalej „Ewa Jeżyna – Niemowlę w niewoli sowieckiej”
Urszula Waczyńska – Byliśmy młodzi – wspomnienia osób pracujących przymusowo w Niemczech w latach 1943-45
Moja babcia ma 82 lata i cieszy się dobrą pamięcią. Jest więc dla mnie kopalnią wiedzy historycznej. Mama mojego taty powiedziała mi, że była przymusowo zatrudniona w szpitalu w obozie dla jeńców wojennych. Znajdował się on w Choroszczy. Wspomnienia mojej babci Anny Waczyńskiej dotyczące pracy przymusowej w miejscu zamieszkania zamierzam spisać oddzielnie. Czytaj dalej „Urszula Waczyńska – Byliśmy młodzi – wspomnienia osób pracujących przymusowo w Niemczech w latach 1943-45”
28.11.2010 – Wspomnienia o Henryku Klimowiczu

Anna Dąbrowska-Czochańska – Wspomnienia o Henryku Klimowiczu
Mój pradziadek, Wiktor Klimowicz, przybył do Choroszczy w poszukiwaniu pracy. Zatrudnił się w fabryce Moesa i tu znalazł sobie żonę. Anna Wurm była córką pracowników fabryki sukna, którzy przybyli tu z Niemiec. Po ślubie młodzi zamieszkali gdzieś w okolicach fabryki, by później przenieść się do drewnianego domu przy ulicy Sienkiewicza (obok domu pana Gawli). Dziś ten dom już nie istnieje. Wkrótce na świat przyszły dzieci. Najstarsza – Władysława (1898), później Teresa (?), Henryk (1903) i najmłodsza Stefania (1912). Czytaj dalej „Anna Dąbrowska-Czochańska – Wspomnienia o Henryku Klimowiczu”
Wspomnienia wojenne p. Reginy Krysiewicz
Naukę rozpoczęłam w roku 1933 w naszej pięknej szkole kruszewskiej. Kierownikiem szkoły był pan Józef Świerniak, a księdzem Władysław Saracyn, z rąk którego przyjęłam Komunię Świętą w maju 1934 r. Drugim ważnym wydarzeniem była śmierć Józefa Piłsudskiego, która miała miejsce rok później. Wszyscy w klasie oraz nauczyciele płakaliśmy po naszym kochanym Wodzu Polski. Do dziś pamiętam wiersze ku jego czci. Czytaj dalej „Wspomnienia wojenne p. Reginy Krysiewicz”
