Urodziłem się 18 listopada 1936r. w Starosielcach (obecnie dzielnica Białegostoku) przy ul. Polowej 24. Ojciec Adolf pracował na PKP Warsztaty Drogowo-Mostowe kl.1 jako mechanik-operator maszyn torkretniczych (torkret – naprawa mostów żelbetowych, tuneli, wiaduktów metodą iniekcji). Czytaj dalej „Wspomnienia Mirosława Kowalczuk – Fijałkowskiego”
Kiedyś miałam inne imię. Ojciec mój Antoni czytał dużo książek. Pewnego razu trafiła mu się książka o tematyce staropolskiej. Główna bohaterka książki miała czeskie imię Bożenna. Imię to spodobało się tak tatusiowi, że postanowił mnie tak ochrzcić. Problem był z tym, bo proboszcz w naszej parafii nie zgodził się na to, gdyż nie było takiego patrona. Ale mój tata był upartym człowiekiem i udał się z tym problemem do księdza, który był jego kuzynem. No i zostałam Bożenną. Miało to miejsce w Bronowie w 1929 roku. Imię, które dostałam na chrzcie nie sprawiało mi radości. Nie lubiłam go, gdyż dzieci przekręcały je, czasami specjalnie, by mi dokuczyć. Było ono powodem wielu bójek. Brat mój Stefan również dostał książkowe imię, tyle że z ochrzczeniem go nie było problemu. Miałam jeszcze siostrę Stefanię i Pelagię. Czytaj dalej „Widziałam Jak Palono Żydów”
Do pierwszej klasy poszłam 1 IX 1939 r. Nie potrafię powiedzieć kto w tym czasie był kierownikiem Szkoły Podstawowej w Turośni Dolnej. Przewijają się w pamięci nazwiska Stafiński1, Wrzesiński. Pana Brzozowskiego, o którego chodzi, poznałam w okresie późniejszym. Jak oświadczyła mi Alicja Truszkowska z d. Kondzior, p. Brzozowski Eugeniusz zaczął pracować w szkole za sowietów, czyli w 40-tym roku razem z p. Białostocką2 (chyba Janiną), która była Żydówką, a jak się później okazało była jego żoną.Czytaj dalej „Henryk Zdanowicz – Wspomnienia Ireny Kosińskiej”
Urodziłem się 23 marca 1923 roku we wsi Żygi, gmina Bieniakonie powiat Lida. Moi rodzice Michał i Zofia byli wyznania rzymskokatolickiego. Jestem Polakiem. W 1939 roku ukończyłem siedmioklasową szkołę imienia Ignacego Mościckiego. Najskrytszym młodzieńczym marzeniem było zostać wojskowym, gdyż moja rodzina miała silne tradycje żołnierskie. Stało się jednak inaczej. Pierwszego września 1939 roku na nasz kraj napadli Niemcy, a 17 września Związek Sowiecki. Rosjanie zajęli nasze wsie, miasteczka i miasta. Nowy rok szkolny 1939-1940 był już inny. Zaczął się z ponad miesięcznym opóźnieniem. Językiem wykładowym stał się rosyjski, co było dla nas bardzo przykre, a nawet straszne. Nie zastaliśmy też w szkole ani jednego starego nauczyciela. Ludzie mówili, że w noc poprzedzającą rozpoczęcie roku szkolnego wszystkich aresztowano. Nie oszczędzono nawet stróża, który miał czworo dzieci. Wywieziono ich w głąb Rosji, przepadli bez śladu. Ocalało jedynie małżeństwo Wojciechowskich i Pani Szyrińska, gdyż tej nocy byli w gościnie u znajomych. W grudniu zaczęto wywozić do Rosji bardziej wykształconych Polaków, większych gospodarzy, leśników, wojskowych, policjantów. Wszyscy żyliśmy w strachu, w tym i nasza rodzina, gdyż nasz ojciec służył w Polskim Wojsku.
W 1941 roku Niemcy napadli na Rosjan i zajęli nasze ziemie. Nastała nowa, tym razem niemiecka okupacja. Okazało się, że i Niemcy wywożą młodych ludzi, z tą różnicą, że w zachodnim kierunku. Ja również byłem zagrożony wywózką, więc zacząłem się ukrywać w pobliskim lesie. Tak samo postąpili moi koledzy z ławy szkolnej. W lesie było nas coraz więcej, zaczęliśmy zbierać broń. Braliśmy wszystko co nadawało się do walki, nawet dubeltówki. W ten sposób, spontanicznie powstała miejscowa partyzancka placówka.
W grudniu 1944 roku przed samym Bożym Narodzeniem było nas dziewiętnastu. Szukaliśmy kontaktu z żołnierzami Armii Krajowej, aby razem walczyć o wolną Polskę. Wreszcie znaleźliśmy. Kazano nam stawić się do szkoły w miejscowości Jotkiszki w pobliżu miasteczka Bieniakonie. Przyjął nas porucznik „Licho” o nazwisku Szabunia1. Złożyliśmy przysięgę żołnierską, po czym odesłano nas do puszczy Rudnickiej. Po przysiędze otrzymałem ps.”Warnęczyk”. Przez kilkanaście dni przeszliśmy podstawowe szkolenie wojskowe. Po przeszkoleniu przydzielono mnie do służby w żandarmerii. Pełniłem służbę w ochronie dowódcy oddziału o nazwisku Borusewicz ps.”Krysio”2.
Wkrótce oddział nasz ruszył z puszczy w kierunku Radunia, Lidy, Rokliszek, Poleckiszek, do wsi Rudniki. Tam zaatakowaliśmy posterunek policji niemieckiej. Po jego rozbrojeniu i zabraniu broni ruszyliśmy w kierunku linii kolejowej, łączącej Wilno i Lidę, do mojej rodzinnej wsi Bieniakonie. Tam również zdobyliśmy posterunek policji zabierając broń. Samych Niemców puściliśmy wolno,
aby miejscowa ludność uniknęła represji. Po tym dozbrojeniu oddziału skierowaliśmy się w stronę Dziewieniszek przez Balkuny, Czyżewsk. Po kilku dniach marszu dotarliśmy pod Wilno. W dniu 7 lipca 1944 roku weszliśmy na szosę prowadzącą z Mińska do Wilna. Drogą tą cofały się niemieckie tabory, które stały się naszą zdobyczą. Zabraliśmy od nich głównie broń i amunicję.
Potem drogą, zwaną „Czarnym Traktem”, poprzez Kolonię Wieleńską doszliśmy do cmentarza na Starej Rossie. Opór Niemiecki nie był duży, nocą z 7 na 8 lipca weszliśmy na Zamkową Górę. O świcie samoloty niemiecki zaatakowały nasze stanowiska. Musieliśmy się wycofać, gdyż nie posiadaliśmy żadnej broni do zwalczania samolotów. Pozostanie na stanowiskach groziło zagładą oddziału. Cofnęliśmy się w małych grupach aż do Koloni Wieleńskiej, gdzie na płotach i domach wisiały rozlepione ulotki nakazujące nam koncentrację w Wołkorabiszkach. Jest to miejscowość oddalona zarówno od szosy Oszmiańskiej jak i od traktu Turgielskiego. Gdy tam dotarliśmy, odnaleźliśmy swój oddział. Nasz dowódca p.por. Borusewicz ps.„Krysio”rozkazał nam ochronę sztabu zgrupowania . Sztab Zgrupowania Armii Krajowej pod dowództwem Aleksandra Krzyżanowskiego ps. „Wilk”3właśnie przenosił się z powrotem do Wołkorabiszek. Gdy tam dotarliśmy „Wilk” wydał rozkaz nawiązania łączności z Armią Czerwoną. Stojąc na warcie widzieliśmy, jak przyjechali łącznicy radzieccy. Zaprosili Aleksandra Krzyżanowskiego na rozmowy do swego sztabu. Dowódca się zgodził i pojechał przysłanym samochodem. Naszemu oddziałowi nakazano marsz w kierunku puszczy Rudnickiej. Jechaliśmy rowerami z kolegą Bagińskim za oddziałem. Wieczorem wyszła na drogę kobieta, by poczęstować nas mlekiem, gdy piliśmy je, z krzaków wyskoczyli rosyjscy żołnierze wzywając nas do poddania. Zaskoczyli wszystkich zupełnie, opór nie miał sensu. Zostaliśmy rozbrojeni i obrabowani z rzeczy osobistych. Rosjanie załadowali nas na samochody i zawieźli do oddalonych 40 kilometrów od Wilna Miednik. Tam nas przesłuchano, zapisano nazwiska, stopnie wojskowe i pełnione funkcje. Po kilku dniach zapędzono wszystkich na stację kolejową w Kieniach i wywieziono do Kaługi. Tam ubrano nas w mundury i oświadczono, że pójdziemy na zachód walczyć z Niemcami. Po kilku tygodniach Rosjanie rozmyślili się, przebrali nas z powrotem w stare łachy i wywieźli za Moskwę do Karbowa, gdzie mieliśmy piłować las na opał.
Pewnego dnia ładowaliśmy zrąbane drzewo na wagony, gdy podjechał pociąg z rosyjskimi żołnierzami, których uwolniono z niemieckiej niewoli. Dowiedzieliśmy się od nich, że za to, że się poddali Niemcom, zostali przez sowiecki sąd skazani na 8-10 lat łagru. Właśnie wieziono ich na miejsce zsyłki. Praca, którą wykonywaliśmy była bardzo wyczerpująca, a wyżywienie nędzne. Mieliśmy tego dosyć. Wraz z kolegami: Dębowskim, Sawickim, Żylińskim postanowiliśmy uciec do domu. Zdecydowaliśmy się na ucieczkę, pomimo tego, że tych którzy zrobili to wcześniej złapano i pobitych przywieziono z powrotem do naszego obozu. Następnie osądzono ich i wywieziono w nieznanym kierunku. Pożegnaliśmy się z tymi co pozostali, a było ich 40 mężczyzn i 15 sierpnia 1944 roku ruszyliśmy na zachód.
Szliśmy czwórką całą noc przez lasy, rzeki, błota, aby dalej od obozu. W dzień spaliśmy w wysokiej trawie. Wieczorem znów ruszaliśmy w drogę i tak co noc, w kierunku Gwiazdy Zachodniej. Niedaleko Smoleńska zobaczyliśmy w polu kilka domów. Kolega Dębowski i Sawicki poszli do tych chat prosić o jedzenie, ja z Żylińskim zostaliśmy w polu. Po pewnym czasie zobaczyliśmy, że z chaty, do której weszli koledzy wymknęła się kobieta i poszła do innego domu. Wkrótce wróciła z uzbrojonym milicjantem. Milicjant wyprowadził naszych kolegów z chaty i poprowadził na wieś. Nagle nasi towarzysze rzucili się na milicjanta, powalili go na ziemię, zabrali mu broń i pobiegli w stronę lasu, który był po drugiej stronie osady. Więcej ich nie widzieliśmy, zostaliśmy we dwóch.
Żwawo ruszyliśmy dalej w długą drogę. Szliśmy tak, aż zobaczyliśmy światła jakiegoś miasta, to był Smoleńsk. Ominęliśmy miasto i znów szliśmy nocami w stronę Gwiazdy Zachodniej. Pewnego dnia rozpaliliśmy w lesie ognisko, a później poszedłem nakopać ziemniaków na pobliskim polu. Gdy kopałem ziemniaki zaskoczył mnie ruski oficer na koniu. Kazał mi podać dokumenty i wytłumaczyć się, co robię na polu. Żadnych dokumentów nie miałem więc oficer kazał mi iść za koniem. Posłusznie szedłem, a gdy zbliżyliśmy się do lasu, zwolniłem nieco, udając że zawiązuję sznurowadło. Gdy Rosjanin się nieco oddalił, dałem nura w gęsty zagajnik i jak mogłem najszybciej biegłem w głąb lasu. Oficer obejrzał się, dostrzegł, że mnie zgubił, podjechał do lasu i strzelał w gąszcz. Ja tymczasem zacząłem szukać swego kolegi. Ledwie trafiłem na wygaszone ognisko i kolegę Żylińskiego. Bardzo się ucieszył, na mój widok. Myślał, że zostałem zabity.
Razem poszliśmy dalej, aż do polskiej granicy. Przekroczyliśmy ją w pobliżu miejscowości Mołodeczno. Zobaczyliśmy przy drodze mały domek. Postanowiliśmy zajść tam, byliśmy bardzo wyczerpani i głodni. Gdy młody gospodarz domu zobaczył nas tak wymęczonych, zaprosił nas do swego domu. Swej żonie kazał nagrzać wody, abyśmy się umyli. Miał nas za bezdomnych starców. Jakież było jego zdziwienie gdy umyci i ogoleni usiedliśmy do stołu. Mieliśmy obaj z kolegą tylko po dwadzieścia lat i byliśmy młodsi od gospodarza. Po jedzeniu zaprowadził nas do stodoły byśmy się wyspali. Wieczorem zbudził nas i powiedział, że w pobliżu są tory kolejowe i wkrótce po nich będzie szedł pociąg towarowy do Wilna. Pociąg jedzie wolno, więc bez trudu można do niego wskoczyć i wyskoczyć z niego po przejechaniu Wilna.
Posłuchaliśmy rady gospodarza i tym sposobem 1 listopada 1945 roku, na Wszystkich Świętych, byliśmy w swoich domach. Wkrótce okazało się, że nasi koledzy Dębowski i Sawicki wrócili szczęśliwie do domów pięć dni wcześniej od nas. Spotkanie nasze było bardzo radosne. Po naradzie postanowiliśmy odbudować naszą placówkę i nadal walczyć z sowieckim okupantem w podziemiu.
W 1948 roku pierwszy wpadł Żyliński. Sąd skazał go na osiem lat więzienia. W tym czasie ożeniłem się. Nie minęło pół roku od wesela jak i mnie aresztowano. Zostałem wywieziony do Grodna i po śledztwie postawiony przed ruskim trybunałem. Uznano mnie za bandytę i skazano na pięć lat więzienia. Karę miałem odbyć na Syberii, mieliśmy budować jakieś miasto. Była zima, mrozy sięgały czterdziestu stopni, trudno było oddychać. W tych warunkach cięliśmy las na budulec. Ścięte drzewa cięliśmy w kiedra, w pichtę i wynosiliśmy nad brzeg rzeki o nazwie Tom. Wiosną gdy poziom wody wynosił około siedmiu metrów, wrzucaliśmy drewno w jej nurt. Niestety w dalszej części koryta rzeki tworzyły się zatory. Kazano nam likwidować je. Wchodziliśmy w tą lodowatą wodę rozbierając zawały. Wycieńczeni nadludzką pracą zesłańcy masowo ginęli. Jedni zamarzali w lesie, inni umierali od dyzenterii, inni w odmętach tej strasznej rzeki. Nie było dnia, aby nie zginęło czy zmarło ośmiu czy dziewięciu więźniów.
Bywały dni że było ich więcej. Znalezione trupy znoszono na miejsce zwane Łysą Górą i tam zakopywano w zbiorczych grobach. Miałem więcej szczęścia od tych ludzi, gdyż przydzielono mnie do budowy domku. W trakcie tej budowy szukano majstrów do ostrzenia pił. Zgłosiłem się gdyż umiałem to robić. Wzięto mnie do tej pracy i od tej pory ostrzyłem piły, siekiery. W tej brygadzie było nas trzech, mieszkaliśmy osobno w domku poza murem obozu. Trwało to do 1953 roku. Po śmierci Stalina przyjechał kierownik łagra i powiedział nam że Stalin „padoch”. Bardzo się ucieszyłem, tym bardziej, że przyszła decyzja o zwolnieniu mnie z niewoli. Kierownik obozu zaproponował mi, abym tu został, że dostanę dom i mogę sprowadzić tu swą rodzinę. Odmówiłem mu mówiąc, że jestem Polakiem i chcę żyć w swoim kraju. Odradzał mi taką decyzję mówiąc mi, że panuje tam głód i ludzie umierają z głodu, lepiej będę miał na Syberii.
W kwietniu 1953 roku wypuszczono nas z łagru. Spędziłem tam prawie pięć upiornych lat katorgi. Nie jestem w stanie opisać radości z powrotu do rodziny i domu. Przed wyjazdem dano nam kartki żywnościowe i wsadzono do bydlęcych wagonów. Tak dojechaliśmy do Nowosybirska. Na tym dworcu wyszedłem z kolegą z wagonu i schowaliśmy się w pobliskim lesie. Zrobiliśmy to z obawy, aby nie wywieźli nas nie wiadomo gdzie. Gdy pociąg odjechał, wyszliśmy z ukrycia, by zdobyć inne ubranie. Gdy dokonaliśmy tego, poszliśmy na dworzec i kupiliśmy bilety do Wilna. Do Wilna dojechaliśmy bez przeszkód.
Bardzo przeżyłem spotkanie z żoną i małym synkiem. Gdy wziąłem go na ręce zaczął wyrywać się ode mnie i krzyczeć „ mama, mama, to ruski”. Jakże to mnie zabolało, dopiero po kilku dniach już mnie się nie bał. Pierwszą rzeczą, którą trzeba było po powrocie z zsyłki załatwić to był paszport. Poszedłem w tej sprawie na milicję i paszport dostałem, ale bez zameldowania w Wilnie. Powiedziano mi, że jako skazany nie mogę mieszkać w Wilnie, mam sobie poszukać innego miejsca do życia. W więzieniu miałem kolegę z Nowej Wilejki, wtedy ta miejscowość nie była częścią Wilna. Brat mego kolegi był kierownikiem w fabryce. Pomógł mi się tam zameldować i załatwił mi pracę w fabryce. W tej fabryce pracowałem jako modelarz, robiłem z drewna formy do wykonania odlewów różnych przemysłowych rzeczy. Pracowało tam wielu Polaków, mówiliśmy więc tylko po polsku. Po kilku latach otwarto granicę z Polską i ci, którzy mieli w niej rodzinę , mogli tam pojechać. W Polsce, w Krotoszynie mieszkała moja siostra, pojechałem ją odwiedzić. Nie widziałem jej od dawna, więc były łzy i wspomnienia. Rozmawialiśmy o naszym życiu, partyzantce, więzieniu, łagrze. Sąsiad mojej siostry ostrzegł mnie, abym uważał do kogo to mówię, gdyż w Polsce też rządzą komuniści, mogą mnie aresztować.
Upłynęło wiele lat, wszystko się uspokoiło, znów mieszkam w Wilnie. Walczyliśmy z Niemcami o wolną Polskę w ramach Armii Krajowej jako ochotnicy Wojska Polskiego. Polska o nas pamięta. Należę do Związku Armii Krajowej, pełnię tam funkcję skarbnika. Tak się składa, że mieszkam blisko mogił moich kolegów z AK, spoczywających w Koloni Wieleńskiej. Chodzę tam często i dbam o ich groby, sadzę kwiaty i sprzątam. Będę to robił dopóki wystarczy mi sił.
Mieszkam ze swoją żoną Reginą we dwoje, gdyż moi synowie już dawno założyli własne rodziny. Cieszymy się, że wykształcili się i pracują. Dzięki nim mamy wnuki i prawnuki.
Jestem odznaczony Krzyżem Zesłańców Sybiru, Krzyżem Kawalerskim, Krzyżem za Wolność i Niepodległość, Medalem Pro Memoria, Medalem Europy i innymi odznaczeniami.
Awansowano mnie na stopień podporucznika 9 maja 2001 roku, na porucznika 17 maja 2006 roku.
Przed wybuchem wojny w 1939 roku byłam 6 letnią dziewczynką. Moi rodzice to, Kazimiera Hołub z domu Lewkowicz i Jan Hołub. Moja babcia ze strony taty Maria, pochodziła z rodziny Balickich.
Mama i ojciec byli nauczycielami w Szkole Powszechnej w Choroszczy. Tatuś mój pełnił funkcję kierownika szkoły. Choroszcz to miasteczko w pobliżu Białegostoku. Kidy do miasteczka wkroczyły wojska rosyjskie, w krótkim czasie rozpoczęły się aresztowania lekarzy, nauczycieli, policjantów i innych. Ojciec mój został aresztowany nocą przez NKWD i osadzony w więzieniu w Białymstoku. Do miesiąca marca 1940 roku, mama jeździła do więzienia podając ojcu paczki głównie z żywnością. Pod koniec marca, nie przyjęli już żadnej paczki. Poinformowano mamę, że ojciec został wywieziony w głąb Rosji, prawdopodobnie w okolice Archangielska. Wszelki ślad po nim zaginał, pomimo ciągłego poszukiwania przez Czerwony Krzyż i Ambasadę w Moskwie. Czytaj dalej „Wanda Hołub-Desz – Syberia 1940 – 1946”
Nazywam się Alina Lewonowska i mieszkam w Żółtkach w pobliżu Choroszczy. Mieszkanką tej wsi jestem od 1956 roku, kiedy to wyszłam za mąż za Józefa Lewonowskiego. Zamieszkaliśmy w domu stojącym przy szosie prowadzącej z Białegostoku do Warszawy. Zlokalizowano go w 1807 roku przy moście na rzece Narwi. Został zbudowany przez administrację carską, od początku służył jako komora celna pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim i Księstwem Warszawskim. Spełniał tę funkcję aż do I Wojny Światowej. Gdy komora stała się zbędna, samorząd gminy sprzedał budynek Żydom. W roku 1927 budynek ten, kupiła na spółkę rodzina Lewonowskich. Współwłaścicielami zostali ojciec męża Edward Lewonowski , brat matki Hieronim Szczepański z żoną Albiną i stryj matki Józef Szczepański. Od tej pory budynek stał się domem Lewonowskich. Zamieszkała w nim rodzina męża Józefa i ciotka z mężem. Józef Szczepański nie wprowadził się, gdyż obok posiadał samodzielny drewniany dom. Gdy wybuchła II Wojna Światowa , 11 i 12 września 1939 roku, Wojsko Polskie próbowało zatrzymać Niemców na moście w Żółtkach. Czytaj dalej „Alina Lewonowska – Smak Chleba”
Pan Mieczysław Pajołek mimo swoich 88 lat zachował dobrą pamięć, tężyznę i sprawność fizyczną. Od 30 lat mieszka w Choroszczy ale dzieciństwo i młodość upłynęły w Pogorzałkach. Jak mówi do historii lgnął zawsze. Lubił czytać książki o takiej tematyce, a nade wszystko słuchać opowiadań starszych. Niezwykle ciepło wspomina swoją nauczycielkę ze szkoły w Pogorzałkach – panią Helenę Moroz. Na lekcjach potrafiła dzieciom opowiadać o ojczystych dziejach w sposób niezwykle wzruszający i podniosły. Niekiedy gdy emocje brały górę w jej oczach pojawiały się łzy. Czytaj dalej „POGORZAŁKI – RZECZ O SOWIECKIEJ PROWOKACJI I NIE TYLKO”
Nazywam się Kazimierz Zagórski i pochodzę z Majątku Rogowo gmina Choroszcz. Urodziłem się 3 marca 1940 roku w rodzinie chłopskiej. Mojamama Sabina i mój tato Aleksander Zagórski prowadzili średniej wielkości gospodarstwo rolne. Z opowiadańmojej mamy wiem, że nasza rodzina została zabrana siłą z Majątku Rogowo przez żołnierzy sowieckich. Z naszej wsi sowieci zabrali kilka rodzin.Następnego dnia załadowano nas na dworcu fabrycznym w Białymstoku do wagonów bydlęcych i wywieziono doRosji. Ojciec mój nie pojechał z nami, gdyż został przy załadunku oddzielony od rodziny przez funkcjonariuszy NKWD i zabrany do więzienia w Białymstoku. Siedział tam tylko dwa dni, bo 22 czerwca 1941 roku Rosjanie uciekli z Białegostoku.Domyślamy się, że powodem aresztowania ojca było to, że przed wojną był sołtysem. Drugim powodem aresztowania było podejrzenie, że ojciec należy do podziemnej organizacji Związku Walki Zbrojnej.Czytaj dalej „W Ałtajskim Kraju”
Nazywam się Marianna Jabłońska. Urodziłam się we wsi Złotoria w 1936 roku, rodzice moi byli rolnikami. Miałam tylko jednego brata Albina, był młodszy ode mnie o trzy lata. W skład naszej rodziny wchodziło jeszcze dwóch braci naszego taty-Stanisław i Wacław Mielewscy. Byli to chłopcy w wieku 17-20 lat. Nasi rodzice posiadali ponad dwudziestojednohektarowe gospodarstwo, w którym głównie hodowano krowy. Do ich wypasu tata zatrudnił parobka z pobliskiej wsi Góra. Chłopiec ten żył razem z nami aż do wywózki naszej rodzi do Rosji.
W 1939 roku wybuchła wojna. Jako dziecko niewiele rozumiałam o co w niej chodzi. Niemniej instynktownie czegoś się bałam. Ale wystarczyło abym weszła na kolana mamy czy taty i od razu czułam się bezpieczna. Pierwszą zmianą w moim otoczeniu byli lokatorzy w naszym domu. Jesienią 1939 roku do części naszego domu wprowadziła się sowiecka rodzina. Żyli obok nas na dystans, sowietka czasami przychodziła po ziemniaki. Potem do naszego domu przyszedł lęk o mojego tatusia. Zimą 1940 roku okupanci aresztowali go. Stało się to na wiejskim zebraniu, na które wszyscy mieszkańcy wsi musieli chodzić. Tematem zebrania miało być zmniejszenie kontyngentu mięsa. Gdy mieszkańcy wsi weszli do remizy strażackiej, została ona otoczona przez wojsko. Zaczęła się selekcja ludzi według przywiezionej przez komisarzy listy. Jednych chłopów wypuszczano a innych, których mieli na liście zatrzymano. Aresztowanych dwunastu gospodarzy wpędzono na samochód i zawieziono do więzienia w Białymstoku. Z mojej rodziny aresztowany był jeszcze mój wujek Sadowski Franciszek. Mama nosiła im obu paczki do więzienia. Trwało to do naszej wywózki.
Ledwie nas wywieziono, wybuchła wojna niemiecko- rosyjska. Więźniowie rozbili więzienie i wszyscy powrócili do swych pustych domów. W czerwcu 1941 roku w nocy wojsko Rosyjskie otoczyło wieś, aby nikt nie uciekł. Do naszego domu przyszło trzech Rosjan po cywilu. Nakazali mamie pakować się, gdyż zostaniemy wywiezieni. Wtargnęli do pokoju, gdzie spali bracia ojca. Przestraszonych chłopców powiązali ozdobnymi ręcznikami, które wisiały na ścianie pokoju. Po związaniu każdego z nich z osobna, posadzili ich pod ścianą i kolejnym ręcznikiem związali razem. Starszy z nich płakał nie rozumiejąc co się dzieje. Mama wiązała w toboły co najpotrzebniejsze rzeczy i wynosiła na podwórze. Jeden z tych co przyszli mówił po polsku, udzielał mamie rad co ma zabrać. Kazał mamie zabierać co tylko się da, gdyż inaczej zginą z głodu. Pomógł mamie pakować w worki od zboża chleb, słoninę, mięso solone, sól, cukier, wszystko co było do jedzenia w domu. Moje rzeczy mama spakowała w osobny węzełek i wyniosła do sieni. Do mnie na ucho powiedziała, abym udała, że chcę się załatwić za stodołą. Nakazała mi, abym spróbowała uciec do dziadka . Powiedziała żołnierzowi, który pilnował domu, że muszę iść za potrzebą. Szedł za mną z karabinem aż za stodołę. Gdy zobaczył, że przykucnęłam, zawrócił na na podwórko. Gdy to zauważyłam, rzuciłam się do ucieczki. Przebiegłam około pięćset metrów i przez ulicę pobiegłam do dziadków. Okazało się jednak, że drzwi domu są zamknięte. Później dowiedziałam się, że babcia poniosła paczkę do więzienia, gdyż w tym dniu przyjmowano paczki dla więźniów, których nazwisko zaczynało się na literę S. Paczka przysługiwała więźniowi raz w miesiącu. Wróciłam pod swój dom. Gdy się zbliżyłam,usłyszałam płacz matki i jej wyrzekanie, że zginęła córka wystraszona przez żołnierza. Wróciłam pod dom babci i stwierdziwszy, że nadal jest zamknięty, weszłam do domu sąsiadów i po drabinie, która stała w sieni schowałam się na strychu. W tym domu mieszkała siostra z bratem, Malecka Janina i Bronisław, oboje byli już starszymi ludźmi. Niestety ta przyszywana ciocia usłyszała mnie, wlazła na strych i mnie znalazła. Powiedziałam jej, że mamę wywożą do Rosji i nie mam gdzie się schować. Po jakimś czasie „ciocia” znów przyszła i powiedziała mi, że Rosjanie już pojechali, a mama mnie szuka. Zeszłam z tego strychu i wróciłam w okolice domu. Nie zauważona przez nikogo schowałam się w kuchni pod stołem u sąsiadów Staweckich. Stół zasłany był dużą serwetą więc myślałam, że nikt mnie nie zauważy. Niestety zauważyła mnie sowietka, mieszkająca również w domu sąsiadów, która akurat przyszła po ziemniaki i sięgnęła po kosz, który stał pod stołem. Nic nie powiedziała, ale zawołała żołnierzy.
Wśród przekleństw wyciągnął mnie spod tego stołu ten sam żołnierz, któremu uciekłam. Wrzucił mnie na furmankę i dla pewności związał. Podczas pakowania rzeczy przybiegł mój dziadzio Franciszek Sadowski, aby pożegnać się z córką. Rosjanie zapytali dziadzia o nazwisko, a gdy im je podał, został również aresztowany. Dziadzio miał takie samo imię i nazwisko jak mój wujek, który siedział w Białymstoku w więzieniu. Wujek był na liście do wywózki. Nasz parobek, na rozkaz Rosjan, odwiózł nas, na naszej własnej furmance i naszymi własnymi końmi, do pociągu na ulicę Poleską w Białymstoku. Stały tam bydlęce wagony, do których nas załadowano.
W wagonie nie było niczego oprócz zasłony w rogu wagonu, gdzie można było załatwić swoje potrzeby przez dziurę w podłodze. Gdy załadowano te wagony, to jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w nieznane. Pociąg zatrzymywał się od czasu do czasu. Poprzez częściowo odsunięte przez konwojentów drzwi, nieznani ludzie podawali w różnych naczyniach wodę. Jechaliśmy stłoczeni, siedząc i śpiąc na zabranych tobołkach.
Gdy dojechaliśmy do Baranowicz, ludzie na dworcu zaczęli krzyczeć do nas, że wybuchła wojna. W serca nasze wstąpiła nadzieja, że może nas nie wywiozą. Niestety, kolejarze doczepili do naszego pociągu drugą lokomotywę i ruszyliśmy dalej. Zawieźli nas w okolice Krasnojarska. Zakwaterowano nas w jakimś kołchozie w opróżnionej z krów oborze. Zamieszkaliśmy tam razem z rodziną Staweckich, Panią Węsławową z Białegostoku, która była z córką Danutą, rodziną cioci Roszkowskiej wraz z dziećmi: Alojzym i Marianną. Było nas tam ponad dziesięć osób.
Kołchoz był nowoczesny, gdyż obora miała okna, a krowy zapładniano sztucznie. Dziadzia Franciszka uczyniono odpowiedzialnym za całą naszą grupą zesłańców. Naszym obowiązkiem było koszenie trawy na stepie. Za tę pracę dostawaliśmy po sto pięćdziesiąt gram chleba dziennie. Do pracy szliśmy wszyscy. Dorośli mieli wyznaczone ile muszą skosić łąki dziennie. Jeśli ktoś nie dał rady pracować, nie dostawał chleba. Dziadzio był też odpowiedzialny za ostrzenie kos. Chleb wydzielano co kilka dni, trzeba było bardzo oszczędnie nim gospodarzyć, aby go wystarczyło. Podczas pobytu w tym kołchozie, najmłodszy brat mego taty,Wacław uciekł do armii Andersa. Za tę ucieczkę dziadzia zamknięto na dwa dni w areszcie. (Wacław zginął w Anglii.)
Po trzech miesiącach koszenia łąk wywieziono nas do sowchozu Czeremszanki . Różnił się od kołchozu tym, że tu uprawiano rośliny. Zamieszkaliśmy w wyznaczonej lepiance wraz z Roszkowskimi oraz innymi. Było ciasno, mama nacięła kołków i z nich porobiono prycze do spania.
Jakby codziennych kłopotów było mało, zaczęto namawiać dorosłych, aby przyjęli rosyjskie obywatelstwo. Nikt nie chciał się na to zgodzić, więc zaczęto grozić i straszyć Polaków. Gdy i to nie pomagało, zaczęły się aresztowania. Jako pierwszego wzięli dziadzia Franciszka. Wrócił do nas po kilku dniach. Gdy zastukał w okno, mama nie chciała go wpuścić, gdyż go nie poznała. Dziadzio był ogolony na łyso, opowiadał, że ogolono go kawałkiem szkła. Stało się tak, gdy odmówił przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Potem wezwanie do „Sielsowieta” dostała mama i ciocia. Po zdecydowanej odmowie zmiany obywatelstwa otrzymały zaświadczenie, że są Polskimi przesiedleńcami. Dziadzio został zatrudniony do pasienia pięciu tysięcy owiec. Przydzielono mu również miejscowych pracowników i psa pasterskiego. Dziadzio miał już siedemdziesiąt dwa lata i z trudem sobie radził. Pomagaliśmy mu jak mogliśmy. Gdy zdarzyło się, że zabrakło jednej owcy, wszyscy jej szukali, bo za brak owcy groziło pięć lat więzienia. Wszystko dobrze się skończyło, bo okazało się, że był to błąd w liczeniu. Mama i ciocia pracowały na polu razem z miejscowymi. One to nauczyły mamę jak kombinować jedzenie i jak nie dać się złapać. To byli bardzo dobrzy i zgodni ludzie. Aby zdobyć więcej pożywienia, chodziliśmy z dziadziem po łąkach, polach i kopaliśmy korzenie różnych roślin. Wiosną zbieraliśmy młode pędy z sosny, gdyż zawierały wiele witamin. Jednego razu dzieci rosyjskie ukradły „żmych”. Były to sprasowane wytłoczki nasion lnu. Pobiły tą bryłę o kamień i nas poczęstowały. Gdy dziadzio zobaczył co jemy, to rozpłakał się.
Kiedy nam Polakom wydano paszporty, wolno było wybrać miejsce zamieszkania. Wszyscy zesłańcy ze Złotorii wybrali Bijsk nad rzeką Bija. Było to duże przemysłowe miasto gdzie były fabryki i kolej. Rozłożone było ono po obu stronach rzeki. Oba brzegi połączone były mostem pontonowym, który składano na czas gdy przepływały statki. Wynajęliśmy mieszkanie w normalnym domu u Anny i Michała Fiłatów, na ulicy Gorkiego nr. 54. Był tam piec, na którym spało czworo dzieci. Gospodarze mieszkali sami, gdyż trzech ich synów było na wojnie, bardzo się o nich martwili. Byli to starsi i bardzo mili ludzie. Pani Anna dla nas dzieci była dobra jak babcia. Dawała nam nawet mrożone mleko.
Mama poszła do pracy do zakładu, gdzie szyto mundury dla wojska, natomiast ciocia pracowała w odlewni metalu. Brat taty Stanisław pracował w młynie i przy nim zamieszkał. Okazało się, że zachorował tam na kurzą ślepotę. Nikt nie potrafił mu pomóc i tak zostało. Przynosił z młyna pieczone placki i czasami mąkę. Niestety został złapany na wynoszeniu garści mąki i trafił do więzienia. Jako więzień pracował na przeprawie przez rzekę, gdzie wylewał wodę z pontonów. Z głodu najadł się surowego chleba, popijając wodą z rzeki i zachorował na dyzenterię. Mama odwiedzała chorego, lecz po kilku dniach powiedziano jej w biurze, że Stanisław zniknął. Prawdopodobnie gdy zmarł, wyrzucono go do rzeki. Stanisław Mielewski był pierwszym członkiem rodziny, którego straciliśmy.
Moja mama Stanisława wysłała mnie do rosyjskiej szkoły, gdzie dwa razy w tygodniu przychodziły polskie nauczycielki. Nauczyłam się tam czytać i pisać zarówno po polsku jak i po rosyjsku.
Jednego razu zimą, gdy byłam w szkole, rozpoczęła się burza śnieżna zwana przez miejscowych „buran”. Śnieżyca była tak silna, że ślady na śniegu momentalnie zasypywało i można było zginąć w śniegu. Moja mama przyszła po mnie do szkoły, obie walcząc ze śnieżycą wróciliśmy do domu. Abym w tej burzy śniegowej nie zgubiła się, mama przywiązała mnie do siebie. Nakryła mnie dużą chustą na głowę, ciągle zachęcając do wysiłku, doprowadziła do domu. Gdy dziś o tym myślę, zadziwia mnie odwaga mojej mamy. Kiedy był „buran” ciocia i mama nie chodziły do pracy, za karę nie dostawały chleba. Obowiązywała zasada- nie pracujesz, nie jesz. Do pracy czy szkoły chodziliśmy po śniegu, którego zaspy były równe albo i wyższe od domów. Najgorzej było poruszać się po mieście, gdy przychodziły roztopy. Gdy ruszyły lody na rzece Bija, przejście przez nią było loterią. Przechodzenie przez kry często kończyło się wpadnięciem do wody i śmiercią. Dlatego w tym okresie mama nie chodziła do pracy i nie dostawała chleba. Aby nie umrzeć z głodu, sprzedawała miejscowym zabrane z domu ubrania, pościel. Dzięki temu, że je zabrano z domu przeżyliśmy. Chwytała się każdej pracy, aby zarobić na jedzenie. Chodziła nawet do karczowania lasu pod lotnisko w pobliskim Smoleńsku. Mama była osobą pracowitą i zaradną. Jesienią robiła zapas ziemniaków oraz warzyw w ilości jak największej. Chodziła wieczorem na pola kołchozowe na „przekopki”, aby wyszukać ziemniaki niezebrane przez maszyny. W ten sam sposób postępowali zarówno zesłańcy jak i Rosjanie. Przynosiła jednorazowo nawet po kilkanaście kilogramów. Dopiero w 1945 roku zaczęliśmy dostawać Amerykańskie paczki żywnościowe z Unry.
W mieście był szpital, do którego w potrzebie chodzili też Polacy. Moja mama z przemęczenia i niedożywienia zaczęła niedomagać na płuca. W tym szpitalu był oddział gruźliczy, w nim rosyjska lekarka o imieniu Zina dawała mamie leki. Znajomość z tą lekarką przydała się bardzo, gdy rosyjski chłopiec uderzył mego brata Albina kamieniem w głowę. Nieprzytomne dziecko mama zaniosła właśnie do tego, oddanego o pięć kilometrów szpitala. Pani doktor, po obejrzeniu chłopca, stwierdziła u niego zapalenie opon mózgowych. Dzięki opiece tej doktor Albin powrócił do zdrowia.
Tych którzy zmarli chowano w mniejszej części miasta w „obszczej jamie”. Był to rów, dość głęboki, długości około czterdziestu metrów. Kopano taki rów koparką przed każdą zimą. Jego wielkość przewidywano na podstawie doświadczeń z poprzednich lat oraz ilości przebywających w tym rejonie zesłańców. Zmarłych zimą ludzi wrzucano do takiego dołu i przykrywano śniegiem. Dół zasypywany był dopiero na wiosnę. Często zdarzało się, że do zwłok dobierały się wilki. Doły te kopano obok istniejącego tam cmentarza rosyjskiego. Dzisiaj w tym miejscu jest ogrodzony cmentarz, na którym wydzielono sektory narodowościowe. W lutym 1946 roku zmarł z choroby nasz dziadzio Franciszek Sadowski, mama załatwiła mu nawet trumnę. Pochowany jest właśnie na tym cmentarzu pomiędzy grobami Rosyjskimi. Przed śmiercią dziadzio bardzo rozpaczał, że spocznie w obcej ziemi. Miejscowe siostry zakonne za sztukę materiału zobowiązały się dbać o jego grób.
Zdjęcie z pogrzebu Franciszka Sadowskiego zmarłego w lutym 1946 roku w Bijsku na Syberii. Na ręku zmarłego różaniec z chleba. Zdjęcie wykonała Wanda Jaruzelska. Za trumną Marianna i Albin Mielewscy.W drugim rzędzie od prawej: Janina Kajecka, Wanda Ostrowska,Stanisława Mielewska,Jabłońska Marianna z domu Marciszewska, Eugenia Jabłońska,Arkadiusz Markowski, Markowska.
Zimę wcześniej w „obszczej jamie” spoczął nasz sąsiad Władysław Jaruzelski, który mieszkał z rodziną po przeciwnej stronie ulicy. Mieli wynajęte, od dyrektora jakiejś fabryki, dwupokojowe ładnie umeblowane mieszkanie. Były tam szafy, łóżka, lustra, stoły, książki. Widoczne było, że żyją na innym poziomie. Gdy mama odwiedzała Jaruzelską, często mnie zabierała ze sobą. Z wielką uwagą, jako dziewczynka przyglądałam się, jak gospodyni czesze szczotkami włosy swojej córki Teresy. Teresa otoczona była książkami, gdyż studiowała w domu. Wanda Jaruzelska była dobrą i życzliwą kobietą. Lubiła moją mamę i często nam pomagała dając mamie niewielkie ilości jedzenia. To ona również załatwiła deski na trumnę dla dziadka. Mama w zamian pomagała jej w pracach, których Jaruzelska nie umiała. Wydaje mi się, że pracowała u swego gospodarza domu, gotując mu jedzenie. Jej mąż Władysław nie pracował w ogóle, gdyż był chory psychicznie. Opowiadano, że jeszcze w Polsce spadł z wolanta i pobił głowę. Jej syn Wojtek, gdy skończył osiemnaście lat wstąpił na ochotnika do wojska, gdzie skierowano go na szkołę oficerską. Zobaczyłam go ponownie, gdy mieliśmy wracać do Polski. Wojtek załatwił matce samochód ciężarowy do przewiezienia rzeczy na pociąg. Było tego dużo, ale mimo to Jaruzelska zabrała też na ciężarówkę nasze bagaże oraz dzieci. Razem z Jaruzelskimi zajechaliśmy do pociągu, mama z ciocią szły z braku miejsca pieszo. Razem też jechaliśmy z nimi w pociągu aż do Zamościa, gdzie się rozstaliśmy na zawsze. Jaruzelscy pojechali na ziemie odzyskane. Nasza rodzina przyjechała do Białegostoku na ten sam dworzec, z którego pięć lat wcześniej nas wywieziono. Przyjechali po nas furmanką bracia mamy. Wróciliśmy do Złotorii, ledwie ją rozpoznałam. Od strony Siekierk spalonych było kilka budynków. Nasz dom pod numerem pięć szczęśliwie ocalał, natomiast budynki gospodarcze były spalone. Niestety, w naszym domu nie czekał na nas mój tata Jan, zabili go siódmego maja 1944 roku Ukraińcy. Do ojca tego dnia przyszedł sąsiad Zemło i zaprosił go na kielicha. Gdy Jan Mielewski wszedł do sąsiada, okazało się, że w biesiadzie bierze udział oprócz wójta Wiśniewskiego i zięcia sąsiada, dwóch żołnierzy ukraińskich zwani „własowcami”. Gdy to tata zobaczył, powiedział że z nimi nie wypije. Wtedy jeden z nich obciął ojcu szablą ucho. Wyciągnęli krwawiącego ojca na ulicę i w okolicy dzisiejszej starej plebani przebili go bagnetem. Potem wlekli go ulicą w stronę Białegostoku . Obok domu Romana Roszkowskiego skręcili do rzeki i tam tatusia zastrzelili. Po zamordowaniu wrzucili go do rzeki. Bracia mamy wyciągnęli go z wody i pochowali po kryjomu na cmentarzu. Po latach, gdy zmarła mama i kopano jej grób, odkryto kości taty. Miał przestrzeloną od tyłu czaszkę. Gdy wróciliśmy z Rosji, w naszym rodzinnym domu mieszkali inni ludzie. Mieszkał w nim teraz wraz z żoną mieszkaniec Złotorii Jan Jabłoński, zajmował większą część domu. Wprowadziliśmy się do drugiej części mniejszej, zostały przecież z naszej rodziny tylko trzy osoby. Rozpoczęliśmy nowe życie, było nam, a szczególnie mojej mamie Stanisławie, bardzo ciężko. Straciliśmy tatę, budynki , cały inwentarz, konie, narzędzia. Trzeba było również oddać czternaście hektarów ziemi na posagi siostrom taty. W 1957 roku wyszłam za mąż za Zygmunta Jabłońskiego ze Złotorii. Był starszy ode mnie o dziewięć lat. Okazał się dobrym i pracowitym mężem. Budował ludziom domy, był solidny więc go szanowano, miał dużo zleceń. Dorobiliśmy się własnego domu i nowych budynków. Dobrze nam się razem żyło. W naszym domu dożywała moja mama, bardzo chwaliła swego zięcia. Czasami, gdy jestem sama w domu, przypominają się mi wszystkie te straszne przeżycia. Ze wzruszeniem wspominam mego kochanego dziadzia Franciszka. Jakże się starał byśmy przeżyli. Gdy mama pracowała, był z nami i otaczał nas opieką. Nauczył nas wszystkich modlitw i pieśni, które powinien znać chrześcijanin. To z nim modliliśmy się na różańcu, który nam dzieciom zrobił z chleba. Z chleba, który tam był tak cenny, że gdy kroił go na kromki, rzucaliśmy się na każdą okruszynę , która padała na ziemię. Mówił wtedy: widzicie dzieci, tam w Polsce chleba nam nie brakowało, a tu w Rosji walczycie o okruchy. Różaniec ten mama włożyła dziadziowi do trumny.
Z rozrzewnieniem myślę o swojej mamie, która swe życie poświęciła dla mnie i brata. Tęsknię także za tatą i stryjami. Tak krótko z nim byłam.
Wywiezieni ze Złotorii:
1. Wiśniewska Antonina i syn Franciszek.
2.Mielewska Stanisława i dzieci Marianna i Albin.( ojciec Jan był w więzieniu)
3. Mielewski Stanisław i Wacław.(Stanisław zginął na Syberii, a Wacław zginął w Anglii był skoczkiem)
4.Sadowski Franciszek- zmarł na Syberii( ojciec Stanisławy).
5.Stawecka Marianna i córka Alicja i Jadwiga ( Jan był w więzieniu)
6. Roszkowski Jan z żoną Zofią, córką Teresą i synem Wacławem.
7. Rojecki Franciszek z żoną Józefą, córką Jadwigą, Wacławą oraz synową Janiną.
(syn Franciszek był w więzieniu)
8. Kosakowska Marianna,z synem Mieczysławem (był w wojsku), synem Wacławem, Edmundem,
córką Moniką, Marianną,Janiną (była w wojsku, wszyscy wrócili)
9. Sadowska Monika (mąż był w więzieniu) ,wróciła.
10.Roszkowski Romuald z żoną Rozalią, z córką Marianną synem Alojzym ( mieszkali na Piaskach)
Nazywam się Teresa Jakubczak i obecnie mieszkam w Choroszczy. Moja rodzina, z której pochodzę, składała się z rodziców i czworga rodzeństwa.10 lutego 1940 roku, w środku nocy, w brutalny sposób żołnierze Rosyjscy wypędzili rodzinę z domu na siarczysty mróz, który tej zimy dochodził do 40 stopni. Nie zważali na małe dzieci i brzemienną matkę. Siostra Leokadia miała 15lat, brat Leopold 10 lat, Barbara 9 lat i najmłodszy brat Paweł 5 lat. Mnie nie było jeszcze na świecie, gdyż urodziłam się już na Syberii. Mój tata był leśniczym i mieszkaliśmy w leśniczówce na koloni Majątek Rogowo. Leśniczówkę widać było z szosy wiodącej do Kruszewa. Mój ojciec Józef Antonowicz urodził się w 1900 roku w Białymstoku, a mama Albina z domu Sokół w 1907roku. Mama wyszła za tatę gdy był już leśniczym. Do obowiązków leśniczego należało prowadzenie gospodarki leśnej w lasach położonych w ówczesnej gminie Barszczewo. Tata chronił lasy państwowe jak i prywatne przed nielegalną wycinką. Objeżdżał teren konno. Czytaj dalej „Wspomnienia pani Teresy Jakubczyk”